Zaszufladkowany do: statek matka
Niektórzy uważają, że stan spełnienia poznać po tym, że człowiek umie się zatrzymać. Żeby zachwycić się sroką tańczącą na trawie, czułością dłoni albo pięknym zachodem słońca. Że umie zasmucić się pogodnie, nie boi się wpaść w melancholię, doznać refleksji. Lubi sprawić sobie przyjemność, rozsmakować się w niej i cieszyć się drobiazgami.
Oczywiście należy takie chwile pieścić i cieszyć się nimi, bo przywołują poczucie integralności, dają spokój, zapomnienie i szczęście. Są korzystnym krokiem poza hipnotyzujący, bezpieczny, płytkorefleksyjny tryb praca – jeść – telewizor/hobby – spać.
Ale z tym stanem spełnienia to moim zdaniem bzdura. Szukanie takich chwil i skupianie się na nich, nazywanie ich dojrzałością — to taki stan, w którym człowiek zaczyna umierać.
Dobre życie stoi na rzeczach niemądrych. Trzeba się najebać i czekać z utęsknieniem na kaca, trzeba stłuc wazon i się wstydzić, strzelić w pysk najlepszego przyjaciela i nadużyć najlepszą przyjaciółkę, złamać serce komuś, sobie, pobić się z pijakiem w pociągu, najebać się na ślubie, wybaczyć kurwie, darować skurwielowi, zostać źle zrozumianym, okazać się płytkim, naiwnym, bezwolnym i słabym.
Trzeba sobie na takie rzeczy raz na jakiś czas pozwolić. Nie za często, nie za mocno. Ale nie zapominać o nich. Bo inaczej między celebracjami tych chwil prawdziwego szczęścia, tych srok, dłoni i zachodów, można mimochodem poczuć się lepszym, dojrzalszym i bardziej spełnionym. Niż inni.
I mam serdecznie wyjebane na to, co sobie myślicie.
Zaszufladkowany do: kanapa
Serial znów o komórce śledczej. Pierwszy odcinek oglądany jednym okiem nie zrobił na mnie wrażenia — szwendają się, mówią niewiele, pomachali trochę bronią. Ale wystarczyło uważniej zastrzyc uchem… Postaram się jak najmniej zaspojlować.
Ekipa zajmuje się przestępstwami związanymi z marines. Szef Gibbs mówi mało i tylko kiedy ma coś do powiedzenia (nonszalancki Mark Harmon). Mało też o nim w ogóle wiadomo, poza tym, że podobno miał trzy żony, wszystkie rude, i buduje łódź w piwnicy. Ludzie czują do niego respekt graniczący ze sraniem w gacie i lubimy go za to, jak to robi. Ma niezwykłego nosa i jest prawdziwym wzorem dla młodzieży, jeśli chodzi o niesubordynację.
Niżej na drabinie dziobania siedzi DiNozzo, który bardzo stara się być maczo (niby warunki ma, ale zawsze coś spierdoli po drodze do udanego życia seksualnego). W pracy dla odmiany niezły, szefa trochę już zna, podziwia i dzielnie znosi szykany (Michael Weatherly, całkiem niczego). Caitlin, zwerbowana z SAS, pracuje ciężko, opiera się DiNozzo i stoi nogami na ziemi (ładna i bystra Sasha Alexander). Po paru odcinkach dojdzie jeszcze m.in. młody McGee, żeby mieli kogo dziobać (misiowato geekowaty Sean Murray).
W kostnicy siedzi Ducky, koroner wykładający trupom istotę sensu życia (kompletnie odjechany David McCallum), a we wszechstronnym laboratorium Abby, słodka Gotka, która i whaczy się do FBI, i odciski palców sprawdzi, i w zasadzie wszystkich csi-cudów dokona (rozkoszna Pauley Perrette).
Serial uwielbiamy bardziej niż inne, bo:
- dialogi są rewelacyjne, dowcipne i nienachalne
- Gibbs jest seksi
- Abby jest boska
- ich rozmowy są wszystkie pieniądze
- Ducky jest fajny
- DiNozzo może w końcu umoczy knota
- pojawiające się później postacie robią serialowi jeszcze lepiej
- wszyscy mają dużo wdzięku, podobnie jak relacje między nimi
- każdy ma jakiś sekret, nie tylko Gibbs
- w odróżnieniu od innych seriali tego rodzaju NCIS nie żałuje sobie autoironii.
Gibbs: We gonna jump through any legal hoops?
Abby: Oh, that’s kind of a gray area.
Gibbs: How gray?
Abby: Charcoal.
Zaszufladkowany do: kanapa
Lubię seriale sensacyjno-agencyjne, lubię matematykę (jeśli mogę ją oglądać z boku, najlepiej w wykonaniu kogoś bystrego), ba, lubię nawet nerdyzm w serialach. W “Numb3rs” jest agent FBI Don (wiecznie niewyspany Rob Morrow, którego lubimy z “Przystanku Alaska”), szef dwóch mięśniaków (koszmarny Dylan Bruno, w co drugim odcinku wspominający zachrypniętym głosem, jak walczył w Afganistanie, a oczy mu wtedy mgłą zachodzą, oraz niezdrowo ekscytujący się Alimi Ballard) i pani psycholożki (drewniana jak wiadro podpałki i równie urodziwa Diane Farr). W szlachetnym dziele ratowania świata przed zagładą ekipie pomaga brat szefa, genialny matematyk Charlie (niezdrowo pobudzony David Krumholtz) i jego przyjaciele z uczelni, genialna lasia Amita (śliczna i cieplutka Navi Rawat) oraz genialny koleś (obsesyjny Peter MacNicol). Serialowe stosunki rodzinne oblatuje dobry i mądry tatuś braci (wkurwiający Judd Hirsch).
Czasem sobie myślę, że ten serial mógły zupełnie spokojnie być słuchowiskiem, bo niemal wszystkie sytuacje nadające jakiekolwiek tempo są wymuszone. Agenci omawiają nowe wieści, biegając nerwowo po placyku przed budynkiem agencji albo miotając się bez sensu po korytarzach, zamiast spokojnie powiedzieć sobie wszystko przez telefon albo przy kawce w kanciapie. Poza tym widok cierpiącej twarzy Diane Farr jest okropnie zaraźliwy.
No ale oglądam. Już mówię dlaczego.
Po pierwsze, Navi Rawat jest naprawdę śliczna. Po drugie, odcinki mają numerkowe czołówki, a mnie latające cyferki uspokajają. Po trzecie, postacie drugoplanowe są często przekomiczne, dialogi też[1]. Po czwarte, fajnie popatrzeć, jak doskonała matematyka sprawia, że problemy, z którymi najlepsze agencje zwalczające przestępczość nie dają sobie rady, są pyk-pyk rozwalane przez bandę niepełnosprytnych kolesi i trójkę nerdów. Przyjemne są też tłumaczenia matematyki dla słabszych, takie z przykładami i obrazkami. Po piąte, dobre seriale mają między sezonami przerwy, które trzeba czymś zatkać.
[1]
Amita: Charlie, where did you learn all this stuff about assassination?
Charlie: If I told you that I’d have to kill you.
Amita: Okay, seriously.
Charlie: Seriously.