Zaszufladkowany do: feed me
Porządna knajpa w pałacyku, który pamięta lepsze czasy. W obsłudze ładni chłopcy i ostentacyjne dziewuchy. Nie wolno palić. Kibel ciasny.
Blisko na PUW, ale nie tylko dlatego bywam tam często. Żarełko jest cudne — gigantyczne, bosko pachnące pizze na bardzo właściwym cieście, przepyszne makarony (cztery sery obłędne), znakomita wątróbka (najlepsza z talarkami). Dobroć tiramisu zależy od jego wieku, lepiej zapytać. Jak ktoś lubi owoce morza, raczej będzie zadowolony (acz należę do tych, którzy krzyczą na widok ośmiornicy wystającej zadowolonemu r. z dzioba). Można się poczuć swobodnie i pysznie napchać po kokardę.
Łódź, ul. Jaracza 45 tel. (0 42) 630 50 70
Zaszufladkowany do: feed me
Bardzo ładne wnętrze, dobre miejsce, miła obsługa. Podobno to świetna cukiernia.
Niestety, moja wizyta była nie na słodkości, tylko na lanczyk. Beznadziejna wątróbka (w zasadzie dobre były w niej tylko kawałki jabłek), przesolone pieczone ziemniaki (zbrodnia), mdła kawa latte. Moje serce rozczarem wypełnione.
Warszawa, pl. Konstytucji, ul. Marszałkowska 53, tel. (0 22) 621 53 15
http://www.batida.com.pl/
Zaszufladkowany do: feed me
Dobre miejsce, między pl. Konstytucji a centrumem. W środku bardzo elegancko, obsługa szybka, kibel pierwsza klasa.
Trafiliśmy przypadkiem, bo we wszystkich “naszych” knajpach w okolicy pocałowaliśmy klamkę i weszliśmy do pierwszej otwartej. Kuchnia w zasadzie polsko-bawarska, ale nie ciężka. Dania główne pyszne, a z makaronów zwłaszcza tagliatelle w sosie śmietanowym z borowikami — słodkawe, ślinotok na samo wspomnienie. Osoby z ograniczoną pojemnością wychodzą zadowolone po porcji dla dzieci, panowie mogą trafić na zacną promocję piwa. Zimne przystawki fajne, od smalczyku po karpaczio; ciepłe jakoś mi mniej. Zaskakująco tanio i dobrze.
Update: pyszne ciastko czekoladowe z wiśnią.
Warszawa, ul. Marszałkowska 55/73, tel. (0 22) 622 45 94
http://www.dekanta.pl/
Zaszufladkowany do: PUW
Jak zdać egzamin z teorii u dr. J.M. na semestrze 5 (albo kiedy się trafi)? Skołować od starszych kolegów nieśmiertelną ściągę i wykuć ją na pamięć (chowanie jej do rękawa tradycyjnie w pełni potępiamy). Będą dokładnie te same pytania (parami: albo schemat ćwiczenia rozwijającego repertuar aktywności, albo historia pojęcia twórczości; albo schemat działania podmiotu, albo schemat metody techne itd.).
Nie ma sensu tracić czasu na dyskusje o sensie tego przedmiotu, idiotyczności definicji, szalenie odkrywczych pomysłach zaprezentowanych w materiałach. Nie ma co się odymać, że autorzy kursu sugerują uczestnikom ograniczenie umysłowe, z którego ofiarnie nas wydobędą. Jedyne, co warto, to napić się warto na r5 wysmażać osobiste elaboraty z cebulką i pyzami, żeby ocena z zajęć podciągnęła tę z egzaminu.
Zaszufladkowany do: puff
Kupamięci. Piątek: techniki światłowodowe proste (a słuchanie wykładu niewątpliwie pomaga). Sobota: sieci bezprzewodowe patrz światłowody (ten sam egzaminator), działania twórcze śmierdzą starymi skarpetami, spotkanie z doktorem G. jak zwykle boskie (załatwił nam wizytę u pana mejnfrejma), egzamin z filozofii niewspółmiernie trudny w porównaniu z zajęciami, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Niedziela: sieciowe systemy operacyjne w sensie linuksy — wykład lekki teoretyczny, zaliczenie mocno praktyczne; wizyta u pana mejfrejma świetna (wyszliśmy mentalnie zaczadzeni, zajebista maszyna), laborka z sieci bezprzewodowych przefajna, przydałoby się więcej takich.
Zabrakło mi entuzjazmu w panikowaniu przedsesyjnym mimo obiecanek zeszłym razem. Oceny są jednak współmierne do paniki na miejscu. Okropnie to demotywujące. Że co, że spróbować nie panikować następnym razem? Chyba miś Ci odjechał!!!!!!!11
A propos działań tfurczych. Materiały są beznadziejne (mimochodem przemieszane kwestie obiektywne z subiektywnymi — a to najdrobniejszy mój zarzut), ale współautorem kursu jest kanclerz szkoły, więc nie pisz paszkwila do dziekana.
Zaszufladkowany do: feed me
Obsługa lekko nieprzytomna (możliwe, że z przepracowania), ale za to panienki chodzą z przyjemnymi brzuchami na wierzchu. Wystrój dopracowany, butelki, sombrera, martwy Meksykanin w korytarzu. Fajne talerze. Kibel wporzo.
Klimat swobodny. Można jeść łapami, przy ścianach są umywalki. Buritosy są sute, quesadile smaczne, cebulki w cieście mniam (ojoj na drugi dzień), cienka, ale fajna margarita truskawkowa podawana w wazonie albo w wiadrze, niezła szarlotka z lodzikiem. Reszta żarcia taka sobie (odradzam pieczone ziemniaki i crema brulee). Zasadniczo można się napchać po mało wymagający korek.
Łódź, Piotrkowska 67, tel. 42 633 68 68
http://www.mexican.pl/
Zaszufladkowany do: feed me
Różne opinie, od “makdonalds dla japich” przez “kurwa drogi był ten stek” po “zajebiste drinki”. Wnętrze w krawat samoobrony plus poprzybijane losowo do ściań zbiory ze strychu człowieka-wiewiórki. Obsługa ubrana jak pojeby, życzliwa i wesoła, można codziennie przychodzić z inną dupą i nikomu nie drgnie powieka. Siedzi sporo garniturów, nawet jak ubrani inaczej. Rzutnik, duży ekran i Eurosport, zaglądam czasem na samotny seans mistrzostw snookera przy drinku. Na meczyki piłczane zbierają się spore tłumy prędko pełne piwa i patriotycznych okrzyków.
Pyszności: pieczony ziemniak solo, makaron alfredo (solo albo z kurą), hamburger with everything, frytki też są niezłe. Bardzo dużej zacności przystawki: sesame strips z sosem z dżeka danielsa (poproszę cysternę tego sosu i zestaw do nurkowania), łódeczki ziemniaczane oraz pieczarki w panierce (do grzyba lepiej wziąć sos miodowo-musztardowy niż defaultowy tatarski). Steka moim zdaniem nie warto. Za to zupka cebulowa — wszystkie pieniądze.
O drinkach słów parę (chujki zmienili kartę na jakiś taki ogryzek, ale na szczęście zdążyliśmy wcześniej zaliczyć kilka razy open bar, oczywiście w celach naukowych – statystyki, chromatograf, eksperymenty z helem, a chodzenie na czworakach i śpiewanie piosenek po niemiecku to był po prostu niefortunny zbieg okoliczności):
- cape coder - taka sobie oranżadka
- banana split – rządzi, gęsty
- electric lemonade – niebieskie, słodkocytrynowe, dobre
- june bug – dobre, słodkie, dla bab
- fuzzy navel – dobre, słodkopomarańczowe
- lights of havana – melonowa guma donald
- havaiian volcano – grenadinowy, niezły
- white russian – ostre malibu
- sex on the beach – drineczek akurat
- mai tai - b. słodki
- bay breeze – taki sobie
- citrus rum cooler – ostry lemon
- west indies – słodki ananasowy donald
- daiquiri truskawa – okay
- gimlet – mocne, kwaśne
- 77 sunset strip – trochę politura
- bahama mama – słodkie
- hurricane – o, to dobre! słodkie, składowo chyba przegląd tygodnia
- strawberry shortcake – deserek taki
- summer breeze – kwaśny, gorzkawy
- long island – słodki, mocny
- pina colada – okay
- hollywood nights – dobry, delikatny melon
- cosmopolitan – trochę nijaki
- mandarine chocolate – czekoladowo-pomarańczowy, b. słodki
- scorpion – dziwny, niesłodki
- walk on the tropics – słodki, orzeźwiający
Warszawa, al. Jana Pawła II 29, tel. (0 22) 653 83 60
http://www.fridays.pl/
Zaszufladkowany do: feed me
Elegancko, wygodnie, muzyczka gra albo ją dyskretnie grają. Obsługa fachowa i/lub bardzo uprzejma. Łazienka pełna gadżetów typu bezdotykowy podajnik ręczników i krem do rąk (girls love it).
Drinki nas nie powaliły (w żadnym sensie). Według smakoszy krewetki zacne. Carpaccio z uosia (łososia) nieludzko pyszne. W lecie wśród przystawek są ziemniaczki z twarożkiem, mnjut. Sola w sosie holenderskim obłędna (można wziąć bez szparagów). W ogóle wszelkie sosy są orgazmiczne. Trudno zaoszczędzić miejsce na desery, a szkoda, bo przy takim wypchaniu bębna nie mogę stwierdzić, czy są dobre. Żarcie nie jest drogie (i warte każdego grosza). Cola jest droga (i dobrze, bo kto popija colą ambrozję, temu śmierć frajerom).
Łódź, ul. Piotrkowska 77 tel. (0 42) 632 48 76, 630 23 88
http://www.irishpub.pl/ij.htm
Zaszufladkowany do: nastrojowa pogoda
Pocałujcie się wszyscy w jajka.

