Zaszufladkowany do: kanapa
Seriale, seriale. Kto by pomyślał, że tyle tego. W telegraficznym skrócie, zdeka chaotycznie i alfabetycznie oraz w miarę możliwości bez spojlerów.
- 24 — pierwszy sezon z zapartym tchem, drugi mniej, trzeci takse, czwarty wcale
- 30 Rock — do połowy pierwszego sezonu może być, może kiedyś podejdę do reszty
- 4400 — bezpowrotnie znudziło po pierwszym sezonie
- A Bit Of Fry & Laurie — całe doskonałe, angielskie i strasznie śmieszne
- Aeon Flux — kiedyś w mtv, ładne to było kurde
- Alias — kiedyś w tv, dość było wtedy urocze, ale nie chce mi się
- American Dad — niezłe, oglądam
- American Gothic — po pierwszym odcinku mnie odkręciło
- Babylon5 — całe doskonałe i dopracowane
- Beast — Swayzego nie kupuję, sidekick wygląda jak ćpun, całość męcząca, więc po paru odcinkach sorensen
- Better Off Ted — cały uroczy, ryzykowny i z wdziękiem, tandem laboratoryjny mnie rozkłada, podobnie jak zimna Portia, oglądam
- Bionic Woman — parę odcinków kątem oka, ale mimo najszczerszych chęci nie wciągnęło
- Black Books — całe świetne
- Bones — lubię, gdyż bawi i cieszy, oglądam
- Buffy — całkiem-całkiem do momentu wypączkowania Angela; może kiedyś spróbuję resztę
- Angel — spoko cały, Boreanaza lubię
- Burn Notice — urocze, niemądre i urocze, Campbell wymiata, oglądam
- Carnivale — obejrzane dwa sezony, ale jakoś bez ekstazy
- Castle — niemądre, Fillon uroczy, świetne momenty w domu, oglądam
- Chuck — urocze, ale oglądam tylko czasem z doskoku
- Cold Case — po paru odcinkach nie wciągnęło, a wręcz znudziło, wydumane i panna zbyt eteryczna
- Coupling — dobrze, że zamknięta całość z początkiem i końcem, dorzeczne, śmieszne i niegłupie
- Criminal Minds — brutal i w zasadzie mnie męczy, ale i tak oglądam
- CSI — doskonałe do momentu, gdy pojawia się Fishburne, kiedy to zjeżdża do zera z nieprzyjemnie wilgotnym dźwiękiem
- CSI Miami — dwa słowa. Horatio Caine. snappy oneliner. ciemne okulary. słoneczne plaże. skąpe bikini. zajebiste kolory. nie wiem, czemu w zasadzie oglądam
- CSI New York — zimne i niewiarygodne; po paru sezonach Sinise dostał kompleksu Caruso; bohaterowie mówią sobie rzeczy elementarne; oglądam kątem oka z braku laku
- Curb Your Enthusiasm — pierwszy odcinek zmęczył niemożebnie, więc chyba jednak nie
- Damages — pod koniec pierwszego sezonu jest trudne i świetne, oglądam
- Daria — klasyk, proszę państwa
- Day Break — pierwszy sezon i starczy, bo męczy
- Dead Like Me — fajne, bo inne
- Desperate Housewives — parę odcinków z doskoku; głupota tych lal mnie osłabiła, a zapomniała rozbawić
- Dexter — w porzo, ale na razie znudziło mi się gdzieś w trzecim sezonie
- Dollhouse — drugi sort, ale widoki ładne, oglądam
- Dr Horrible — trzyodcinkowe dzieło sztuki
- Drawn Together — okrutne, świetne, prześmieszne
- Eli Stone — przeurocze i oniryczne, oglądam
- Eureka — urocza bajka, oglądam
- Family Guy — rewelka, oglądam
- Father of the Pride — świetny i szkoda, że szybko zamknęli
- Firefly — świetne, westernowe w najlepszym sensie, plus Serenity
- Friends — kiedyś w tv, niezłe, ale ileż można
- Fringe — po paru odcinkach nie wciągnęło, poza tym kompletnie nie kupuję Jacksona tu
- Futurama — doskonała
- Glee — pierwszy odcinek smaczny
- Harper’s Island — pierwszy odcinek nie wciągnął zupełnie
- Hawthorne — gładkie, drogie, sztampowe, takie sobie, po dwóch odcinkach jeszcze oglądam
- Heroes — po pierwszym albo drugim sezonie jakoś mnie odkleiło bezpowrotnie
- Highlander — kiedyś w tv to miał spory urok, co? :)
- Highlander – The Raven — po pierwszym odcinku sądzę, że to złoooo
- Hope Springs – pierwsze dwa odcinki były nieświeże i nierówne, więc nie
- Hornblower — porządny, no i statki są, a Gruffud ładny
- House M.D. — mistrzostwo świata, każdy odcinek lepszy od poprzedniego, wypina z butów, wielbię i oglądam
- How I Met Your Mother — dużej zacności sitcom, plus dziesięć za Harrisa, oglądam
- Hustle — świetne i czarujące
- In Treatment — pierwsze parę odcinków trochę wciągnęło, czeka na swoją kolej
- IT Crowd — a jak myślicie :>
- Jeeves & Wooster — dla smakoszy Wodehouse’a i/lub fanów tandemu Fry and Laurie
- Jeremiah — pierwszy sezon i chwatit, nie wzięło
- Jericho — znudziło po pierwszym sezonie; imho za mało bomby
- Kings — dobrze, że szybko skancelowali, bo by się męczyli, ale przynajmniej obsada była niezła
- Kyle XY — naiwny młodzieżowy, znudził w połowie drugiego sezonu
- Law and Order — kątem oka w tv kiedyś, teraz nie chce mi się
- Legend of the Seeker — “śliczne slowmotiony, niezła muzyka, potworna pompa, potwornie tępy seeker”, dodam jeszcze cudną Regan i seksownego badguya, oglądam
- Leverage – draczna rewelka, oglądam
- Lexx — znudził mi się gdzieś w drugim sezonie
- Lie to Me — super, oglądam
- Listener — głupie i tandetne, ale oglądam, bez sensu
- MacGyver — och, wspomnienia młodości :)
- M.A.S.H. — j.w.
- Medical Investigation — pierwsze parę odcinków nędzne i naciągane, darujmy sobie
- Mental — wtórne, żałosne i obsysa
- Mentalist — troszeczkę denerwująca urocza pierdółka, ale czemuś oglądam
- Metalocalypse — świetne
- Monk — fajny, a chociaż miejscami męczący, to miejscami znakomity
- My Name Is Earl — świetne, niegłupie i łagodzące obyczaje, szkoda, że kancelnęli
- NCIS — super oraz Abby wymiata, oglądam
- No Heroics — świetne; szkoda, że tak mało; samą czołówkę mogę w kółko
- Numb3rs — raz na jakiś czas, bez przykrości ani entuzjazmu
- Nurse Jackie — mistrz, oglądam
- Office US — fajne, o dziwo, ale po trzecim sezonie mi się odechciało
- Penguins of Madagascar — ehehehe (:
- Personal Affairs — po dwóch odcinkach wciągnęło, oglądam
- Philanthropist — po pierwszym odcinku nie wciągnęło
- Pretender — kiedyś w tv, teraz by mi się nie chciało
- Primeval — pierwszy odcinek był nędza z grzybnią i dinozaurami
- Prison Break — pierwszy był sezon świetny, odechciało mi się chyba pod koniec drugiego
- Przystanek Alaska — coś pamiętam, że kiedyś to było dobre
- Psych — trochę śmieszne, ale głównie jednak głupie, gdzieś w drugim sezonie zmęczył
- ReGenesis — było całkiem fajne, dopóki głównego bohatera nie wysłali na odwyk i nie obcięli mu włosów
- Rescue Me — mam ochotę wrócić do; pierwszy sezon nierówny, ale coś w nim jest, to chyba Leary
- Robin Hoody różne — daaawno
- Robot Chicken — doskonałe nie tylko dla dorosłych z adhd, oglądam
- Rome — niby fajne, a jakoś nie chce mi się
- Sex And The City — nie wiem, co sobie myślicie, ale to klasyk i moim zdaniem należy
- Shark — fajny, chociaż regularnie dżampuje szarka
- Simpsons — losowe odcinki z doskoku, nie chce mi się całości
- Sit Down, Shut Up — po pierwszym odcinku wtórne i nie chce mi się
- Six Feet Under — chyba trzy czy cztery sezony i mi się odechciało
- Sleeper Cell — pierwsze parę odcinków nie wciągnęło, chociaż ciacha niezłe
- Smith — taki fajny był, szkoda, że zamknęli
- Sopranos — parę odcinków niezłych, ale się nie złożyło dalej, poza tym jakoś nie lubię sag rodzinnych
- Spooks — obejrzane do odejścia głównego bohatera, mocne
- Star Trek — w tv kiedyś, bez nabożeństwa
- Supernatural — kątem oka parę odcinków, niby nieźle się zapowiada, ale jakoś nie
- Testees — dwa pierwsze odcinki całkiem nęcące, jest taki fajnie inny, może kiedyś
- The Big Bang Theory — po pierwszym odcinku mam ochotę, więc czeka na wolny slot
- Tripping the Rift — bawi, odpręża, niczego nie wymaga
- Tru Calling — po paru odcinkach bez żalu zapomnieliśmy oglądać dalej
- True Blood — po dwóch odcinkach zapowiada się smakowicie, czeka na wolny slot
- Twilight Zone — kiedyś w tv, fajne to było
- Unusuals — policyjne fajne, draczne, dowcipne, a głupia stacja kancelnęła
- Veronica Mars — młodzieżowe fajne
- Weeds — po paru odcinkach odłożone, ale chyba mam ochotę na więcej
- Without a Trace — koło trzeciego sezonu odłożone, za smutne
Na razie tyle z anglojęzycznych. Może o niektórych z nich napiszę osobno, może sobie jakieś jeszcze przypomnę.
w.: dowcip opowiem. długoletnie małżeństwo uprawia seks. kochają się, kochają, mija godzina, druga, trzecia, żona mówi do męża: – co, też nie możesz sobie nikogo przypomnieć?
***
w. myślisz, że kelnerka się mści na naszych drinkach?
k.: mocz tu siura zenon.
w.: nieno, pusty jestem.
***
t.: ile tego sernika ci ukroić?
n.: pokaż mi, jak mnie kochasz.
t.: to może jakoś inaczej?…
n.: no dobra, na szerokość tej tekturki.
t.: szeroka jakaś.
***
k. schować ci piwo do lodówki?
r.: w dupę se wsadź.
k.: aha, ciepłe chcesz?
Zaszufladkowany do: PUW
Ostatnia bariera między studentem a inteligentem. Podsumowanie wszystkiego, czego uczyliśmy się na studiach — skomplikowanych technik zapaśniczych z dziekanatem, savoir-vivre’u w praktyce z egzaminatorami, ćwiczeń dyplomatycznych z wykładowcami. Odebraliśmy wszechstronne wykształcenie, jesteśmy już przygotowani do prawdziwego życia poza bezpiecznymi murami uczelni, musimy się tylko OBRONIĆ.
Brzmi to tak przerażająco, że mnóstwo ludzi ma wykształcenie prezydenckie zamiast wyższego.
Bój się.
Chyba że akurat kończysz informatykę inżynierską na PUW. W takim wypadku i przy założeniu, że napisałeś(aś) pracę dyplomową samodzielnie i z pewnym wkładem serca weń, bać się możesz tylko niefortunnego potknięcia na progu sali i wylądowania twarzą na stole przed komisją. Krew wszędzie.
Przed egzaminem grupa dostaje jakieś 40 pytań egzaminacyjnych, 20 z wiedzy ogólnej, reszta ze specjalizacji. Pytania te obejmują cały xhejn program studiów. Cały. W przybliżeniu jedno pytanie == jeden przedmiot. Po nieprzespanych miesiącach pisania pracy po nocach nie jesteś w stanie tego wszystkiego wchłonąć. A jak wchłoniesz, to przed komisją zapomnisz, jak masz na nazwisko. A jak nie zapomnisz, to ci się popieprzy w trakcie. A jak ci się nie popieprzy, to po obronie wyjdziesz na papierosa i spadnie na ciebie zwęglona mewa ze sputnikiem w dupie.
Na ostatnim seminarium dogadujecie się z promotorem, których pytań można się spodziewać bardziej niż innych. Jeśli promotor jest człowiekiem przyzwoitym, podpowie kilka pytań-pewniaków: jedno bliskie tematu pracy, jedno specjalizacyjne, jedno ze swojego konika, jedno z konika recenzenta. Ryjesz te pytania na blachę przez jakiś tydzień-dwa, aż poczujesz, że w środku nocy opowiesz wszystko o technikach zwielokrotniania sygnału w światłowodzie oraz że umiesz zastepować na bosaka, co się dzieje w warstwach drugiej i trzeciej modelu iso/osi.
Dwa dni przed obroną przeglądasz swoją pracę i zdumiewasz się, jak niebywałe kocopały umknęły tobie i promotorowi. Zastanawiasz się, co pomyślał o tobie recenzent, i wstydzisz się. Odkładasz pracę z wyjątkiem spisu treści, który ściskasz w spoconej dłoni, i mówisz na głos, krótkimi, możliwie ogólnymi zdaniami, nie wchodząc w szczegóły:
- Temat mojej pracy brzmi…
- Celem mojej pracy było…
- Podczas pisania korzystałem(am) z książek wydawnictwa branżowego…, ze stron WWW poświęconych tematyce…, z materiałów PUW do przedmiotu…, niepotrzebne skreślić. Jeśli dowcip cię cechuje cięty, dodajesz “oraz z własnej praktyki zawodowej”.
- W pierwszym rozdziale omówiłem(am)…
- W drugim jest o…
- W trzecim… (Krótko i bez szczegółów! Po jednym zdaniu na podrozdział i to najlepiej nie każdy.)
- Podsumowując, w części praktycznej pracy udało mi się wykazać…
Drugi raz zrób to ze stoperem, za trzecim razem zmieść się w pięciu minutach.
Dzień przed obroną nie pij wódzi, wyśpij się i unikaj potraw wzdymających. Przygotuj sobie jakieś niewymięte ciuchy i butelkę wody niegazowanej. Grupowo kupcie paczkę delicji, paczkę czegoś słonego, butelkę wody i karton soczku (po drodze na egzamin ukradnijcie parę plastikowych kubeczków). W dniu obrony postawicie dyskretnie dobra kulinarne na stole w sali egzaminacyjnej.
Na korytarzu, czekając na komisję, postaraj się pamiętać, że to, co Was czeka, to obrona pracy dyplomowej, a nie egzamin z wszystkiego, czego nie wiesz, ale umiesz wyguglać. Jeśli po wejściu do sali okażesz zdenerwowanie, przewodniczący komisji powinien być uprzejmy łagodnym głosem zapowiedzieć, że obrona będzie się składać z dwóch części, w pierwszej opowiesz o pracy i odpowiesz na ewentualne pytania komisji, w drugiej będą pytania z programu studiów. I tak też będzie.
Po to przepowiadaliśmy sobie na głos, co napisaliśmy w pracy, żeby pierwsza część egzaminu poszła gładko jak mydło po rynnie. Jeśli przebrniesz przez nią, potem jest już tylko fajnie. Komisja pyta z rzeczy, co do których ma świadomość, że nie są ci obce, w ostateczności pytają o pracę, bo o niej to już na pewno coś wydukasz. Jeśli masz kompletną dziurę w mózgu, przepraszasz, bo to nerwy, się rozumie, ale za to możesz coś poopowiadać na temat pokrewny. Gadasz, aż ci przerwą albo skończysz temat. Daruj sobie nastrojowe zdania bez treści, komisja siedzi tu od rana, ma coś do roboty po południu i daje circa kwadrans na twarz. Przez kwadrans chyba dasz radę nie zrobić z siebie totalnego morona.
Wychodzisz, parę minut później komisja woła cię i składa przemiłe gratulacje, panie inżynierze.
Kiedy cała grupa się obroni, wręczacie komisji kwiaty. U nas akurat zakwitła ciemna odmiana Jasiów Wędrowniczków. Robicie sobie zdjęcia z komisją i idziecie się najebać do ulubionej knajpy.
PS
Jak składasz pracę, pamiętaj: dla recenzenta i promotora wydrukowane jednostronnie i w twardej oprawie, a dla dziekanatu wydrukowane dwustronnie i zbindowane.
Tekst autorstwa Mówiącej Do Zwierząt, z czasów amigi łupanej i smacznej sofii blanc de blanc. Nie wiem jak Wam, ale mnie się łezka w oku kręci.
———8<
Jak dobrze się bawić za 10 zł.
Idziemy do knajpy, kupujemy jedno piwo i wracamy smutni do domu, bo już nie mamy pieniędzy (wyjście złe) albo kombinujemy lokalnie (wyjście lepsze o tyle, że tańsze).
Jeśli dysponujemy lokalem samodzielnym (bez rodziców), jesteśmy w lepszej sytuacji niż osoby na garnuszku. Osoby na garnuszku mogą pójść do kolegi/koleżanki, która jest sierotą, albo jest bardziej przedsiębiorczy/a niż my i mieszka sam/a bądź ze znajomymi.
Oczywiście raźniej jest uprawiać rozrywkę parami lub grupowo (jak każdy ma tylko dziesięć złotych, to jeszcze lepiej).
W nawiasach kwadratowych podajemy ceny zabawy. Nie braliśmy pod uwagę kosztów prądu, wody, gazu, rozmów telefonicznych i czynszu. Większość proponowanych zabaw jest kompletnie darmowa, choć lepiej do nich coś popijać.
1. Rozrywka w samotności, mieszkanie samodzielne.
Kupujemy wino sofia [6.20] lub dwa piwa [2*3.00] i jakieś fajki [3.50-5.10]. Zasiadamy w mieszkanku i kombinujemy. Jeśli mamy telefon, dzwonimy [0.35] do bratniej duszy i informujemy, że napoczęlismy winko białe, półwytrawne, bardzo zdrowe i sami nie damy rady. Jeśli bratnia dusza się skusi, przechodzimy do rozdziału “Rozrywka we dwoje”; jeśli więcej niż jedna, do rozdziału “Rozrywka grupowa”. Jeśli nikt nas nie lubi, czytamy dalej rozdział obecny.
Zabawy “Telewizor”, “Komputer”, “Wideo”, “Walenie konia aż nam ręka nie odpadnie” są trywialne, więc omówimy ich bardziej złożone wersje.
“Telewizor”
- Włączamy telewizor na dowolny program publicystyczny, wyłączamy dźwięk, nastawiamy radio np. na TokFM i naśmiewamy się do rozpuku (wersja przygnębiająca)
- Włączamy telewizor na dowolny program muzyczny, wyłączamy dźwięk, nastawiamy radio na dowolną stację puszczającą dowolną muzykę niepoważną i zaśmiewamy się do rozpuku (wersja lepsza).
- Włączamy radio i przy dźwiękach skocznej melodyjki próbujemy naprawić nasz trochę zepsuty telewizor, po pół godzinie śmiejemy się histerycznie (wersja w perspektywie najkosztowniejsza).
Niestety, zabawa “Telewizor” jest o wiele ciekawsza, jeśli towarzyszy nam bratnia dusza, a jeszcze lepiej kilka.
“Komputer”
- Na zakurzonych płytach kompaktowych szukamy jakiejś fajnej nowej gry, która nam umknęła. Przy tej okazji odkrywamy masę fajnych programów użytkowych, które instalujemy, sprawdzamy jak działają, odinstalowujemy, w razie potrzeby reinstalujemy system.
- Przechodzimy od razu do robienia porządków na dysku systemowym, następnie próbujemy sprawić, by komputer znów działał poprawnie, reinstalujemy system.
- Słuchamy mp3, łącząc dźwięk z komputera z obrazem w tv, najlepiej MTV. Wersja o tyle lepsza niż w opcji “telewizor”, że możemy sami dobierać utwory pod teledyski. Tak naprawdę to jest najlepsza wersja.
“Walenie konia aż nam ręka nie odpadnie”
females:
- spełniamy fantazje, których się wstydzimy przed partnerem/ką oraz pozostałe, opatrujemy rany, idziemy spać.
- eksperymentujemy z odkurzaczem, prysznicem, pralką, owocami południowymi [0-10] i warzywami [0-10] o ergonomicznym kształcie.
males:
- j.w.
- eksperymentujemy z kaloryferem, lodem, “przez okno” (lato), meblami, sprzętem domowym, odpływem w wannie (wszystkie pory roku).
Niezależnie od płci zostawiamy w spokoju zwierzęta oswojone i dzikie, stare i brzydkie sąsiadki oraz pomoce naukowe ewidentnie niehigieniczne i niebezpieczne dla zdrowia.
2. Rozrywka w samotności, mieszkanie z rodzicami
Oprócz powyższych (w niektórych przypadkach zachodzi dodatkowe ryzyko “nakrycia” przez rodziców, przez niektórych bardzo lubiane).
“Książka w lodówce”
- Chowamy niepostrzeżenie kilka książek do lodówki i oczekujemy okrzyków. Jeśli mamy krótką pamięć, możemy bawić się w “Książkę w lodówce” solo.
“Herbatka”
- Jeśli mamy komórkę, dzwonimy do matki, żeby przyniosła nam herbatę [0.22-1.22]
“Standard”
- Upijamy się samotnie butelką wina i idziemy spać [6.20-10]
“Telefon”
- Dzwonimy pod dowolny numer, który ma pierwsze trzy cyfry takie jak w naszym, i, usłyszawszy sympatyczny głos w słuchawce, przepraszamy, że zawracamy głowę, ale znaleźliśmy ten numer w kalendarzyku i nie pamiętamy, skąd ani czyj zacz. Jeśli rozmówca/czyni okaże się przyjemna, może to dobrze wróżyć na następny wieczór.
“Ostatnia deska ratunku”
- Mimo wszystko próbujemy uruchomić znajomych.
3. Rozrywka we dwoje lub więcej, mieszkanie samodzielne lub z rodzicami
Jeśli osoby są dwie i mają się ku sobie, problem rozwiązuje się sam. Ponadto wszystkie powyższe zabawy oprócz walenia konia i pochodnych świetnie nadają się do użytku grupowego.
“Rozwój intelektualny”
- Jedna osoba/grupa bierze słownik wyrazów obcych, druga słownik języka, którego nigdy nie nauczyliśmy się dobrze w szkole. Zadajemy sobie na zmianę pytania zależnie od posiadanej książki.
“Pisarczyk”
- Piszemy opowiadanie lub inną formę literacką (przydaje się komputer – jedna osoba skupia się na logowaniu, reszta na kreacji), w zamyśle szalenie zabawną, najlepiej parodię.
“Wspomnienia”
- Jeśli nie dorastaliśmy razem, opowiadamy sobie najlepsze kawałki z imprez, w których braliśmy udział przy okazji chodzenia do szkoły ponadpodstawowej. Przyjemnie też powspominać szkolne obyczaje i ulubionych nauczycieli.
“Piosenka”
- Jeśli pochodzimy z różnych regionów kraju, przypominamy sobie piosenki, które śpiewało się będąc w przedszkolu lub podstawówce.
“Matrix”
- W przypadku zabawy w “komputer, puszczamy mp3″ nakręcamy paranoję, że to jednak niepokojące, przecież oni tam w telewizorze odpowiednio poruszają ustami, a montaż teledysku doskonale podkreśla momenty dramatyczne aktualnie puszczanej muzyczki. Po pół godzinie każdy po kolei opowiada, ile razy to się poczuł jak w “Matriksie” i jak to mu światełko migało dokładnie w tym samym rytmie, co autoalarm gdzieś na podwórku.
“Kalambury”
- Jeśli każdy przyniósł ze sobą wino, zupełnie spokojnie można pograć w kalambury. Każdy po kolei przedstawia mową ciała jakiś tytuł filmu, reszta zgaduje. Zabawa należy do samonakręcających się, ale wyczerpujących fizycznie.
“Klan”
- Fajnie jest wypożyczyć jakiś durny film na wideo [3.50-6.50] i komentować. Jeszcze taniej wychodzi “Klan” w soboty w nocy, trzy odcinki po kolei. Kończenie dialogów i samodzielne odgrywanie etiudek podpatrzonych w serialu zapewnia przednią rozrywkę.
“Mały artysta”
- Rysujemy ołówkiem lub/i flamastrem lub/i sprayem na ścianie co nam przyjdzie do głowy. Przez resztę wieczoru nie denerwujemy się, że trzeba to będzie zamalować zanim przyjdzie ksiądz po kolędzie albo konserwatywni rodzice.
“Kulinaria”
- Idziemy do kuchni i staramy się z tego, co znajdziemy w szafkach, stworzyć jadalną potrawę. Im więcej osób, tym większe prawdopodobieństwo, że uda się coś wymyślić, mając do dyspozycji tylko ziemniaki i płatki owsiane. Do gotowania delegujemy góra dwie osoby, reszta zabawia kucharza/y dowcipną pogawędką.
“Makaron”
- Jeśli mamy makaron spaghetti, gotujemy według przepisu, a następnie rzucamy pojedynczymi nitkami na szafki kuchenne. Do tej zabawy można włączyć rodziców, jeśli dotrze do nich, że to się łatwo sprząta i wygląda jak te gumowe pająki, które faceci sprzedawali na ulicy. Moja matka bardzo zabawę w “makaron” lubi, zwłaszcza, gdy bawią się w nią moi przystojni koledzy.
“Praca taty”
- Jeśli mamy pod ręką jakichś rodziców, wybieramy to mniej znerwicowane i grupowo prosimy, żeby opowiedziało o swojej pracy. Niektórym wyda się to mało atrakcyjne, ale np. moi znajomi lubią, kiedy ojciec opowiada o tym, jak w ramach przygotowywania pracy doktorskiej karmi myszy bawełną owiniętą w ciasto francuskie i potem sprawdza ich migrację po kolorach kupek; albo jak wspomina swojego studenta, który pytał o mocz dżdżownic.
- Rodzice niepodobni do mojego ojca są w stanie opowiedzieć najśmieszniejsze głupoty, byle tylko zaimponować młodszym o połowę osobnikom płci przeciwnej.
Podczas tych lub innych rozrywek staramy usilnie upić się winem [6.20] albo piwem [2*3.00]. Gdy tylko zrobimy się senni, owijamy się w koce i przesypiamy nudę, na dobranoc śpiewając kołysanki na głosy, albo też wyrzucamy gości i zasypiamy solo, z poczuciem, że spędziliśmy uroczy wieczór za ok. 10 zł nie ruszając się z domu.
Dobrze przed planowanym wieczorem przetresować bratnie dusze co to tego, że w domu nic nie ma. Alkohole, papierosy, przegryzki, płyty, a czasem nawet herbatę powinni przynieść ze sobą, skoro nie potrafią sami zorganizować sobie wieczoru.
n.: po czym poznać, że kobieta ma orgazm? – a kogo to obchodzi?
w.: co robi kobieta po stosunku? przeszkadza.
w.: a, mam jeszcze jeden. dlaczego kobiety udają orgazm? bo myślą, że nas to w ogóle obchodzi.
***
k.: hej blondyna kto cię dyma jak mnie ni ma?
q.: myszka miki chuju dziki
***
w.: ty, a wiesz, naga blondynka nie wygląda tak całkiem głupio.
Zaszufladkowany do: kanapa
Reality show. Udział biorą: generyczny superbohater, spondżbob, disnejowska księżniczka, fleszowy świniak, pikaczu, pedalski koleś z przygodówki, seksowna murzyńska lisica i czarno-biała pizda z lat 20. Oszczędzę Wam krępujących opisów tego, co dzieje się na ekranie, a zamiast tego zacytuję okrzyki z widowni:
- o, przed domem przejechał flinstone, a nad domem przeleciał statek z futuramy
- o, smurfy walczą na noże
- o, spondżbob lata w bąku świnki
- …get out of this pit so i can check that vertical smile of yours…
- o, laski weszły w ślimaka
- o, pikaczu zamiast “oh fuck” mówi “oh mitsubishi”
- …this vagina surely could use a woman’s touch…
- aaa, cipa księżniczki gra w xboksa
Nie wiem, jak państwo, ale ja wypierdalam oglądać dalej.
Zaszufladkowany do: feed me
Zła francuska knajpa zajęła miejsce dobrej włoskiej. Kiedyś można było posiedzieć w przytulnym, ciemnym wnętrzu, przyjść z małym pieskiem na ręku (no pewnie, że nie nie moim, kaman), poszamać niedrogie pyszności. Zmieniło się chyba wszystko poza cegłami pod barem. Foie gras suche, małe i smętne, łosoś w sosie słony jak pot pudziana (po reklamacji przyszedł nieznacznie mniej słony, ale za to bez sosu i cytryny), a torebkowy piesek został potraktowany jak bestia zerwana z łańcucha (nie podchodzę specjalnie entuzjastycznie do zwierząt w knajpach, ale ten egzemplarz nie mówi, wielkości jest mniej więcej jeża i generalnie matka go używa jako biżuterii). Żarcie drogie. Wnętrze bez polotu. Czwartego dnia działalności obsługa obrażona, ostentacyjna i przemądrzała. Idźcie się wypałować i oddajcie włoską knajpę, szmaciarze.
Warszawa, Pasaż Ursynowski, al. KEN 95, tel. (0 22) 644 17 18
Zaszufladkowany do: puff
k.: m. to by kiedyś się w końcu napił z nami
k.: musimy mu zaaplikować tabletkę gwałtu
n.: ta
n.: ale znów przyjechał samochodem
n.: myślę, że on zachowuje cnotę na po dyplomie
k.: cnotliwe smoki zjadają
***
d.: ja bardzo proszę nie podnosić mi cisnienia bo pisze po co się robi sieci wifi
d.: i to mi zjada osobowość
a.: a po co sie robi?
a.: żeby druta nie ciągnąć, proste
d.: no właśnie…
a.: i to pewnie chcesz rozwlec do 10 stron A4?
***
n.: aaaa, jeszcze raz ktoś przy mnie powie “lodżin”, a będę strzelać
a.: lodżin z bazin?
***
d.: a żeby było weselej, to z k. w sobotni wieczór uczyliśmy łodzian BSK
n.: śpiewając pod oknami?
lalala trzy-des
lalala jebał go pies
lalala er-es-a
lalala nie ma chuja
a.: piękna piosenka
n.: możecie dopisać jeszcze ze dwie zwrotki na działania twórcze
Zaszufladkowany do: PUW
Hehe, masz przejebane.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
No dobra.
Przeczytaj materiały. Najprawdopodobniej będziesz jedyną osobą w grupie, która to zrobi, ale warto – będziesz wiedzieć, co powinno się znaleźć w dokumencie projektowym.
Wybierz sobie co najmniej dwóch zastępców (zależnie od liczności grupy) takich, którzy zawodowo robią jakąś działkę i mają mores u ludzi. To się nazywa delegowanie zadań i może dzięki temu oszalejesz trochę później.
Na samym początku wypytaj, co kto umie i co kto chce. Pewnie nie każdemu uda Ci się dać to, co by chciał, ale przynajmniej będziesz wiedzieć, z kim się konsultować, jak już będziesz w dupie.
Kiedy już ustalicie, jak wygląda specjalizacja i struktura firmy, gdzie kto siedzi w budynkach i jakich usług potrzebują, to dalej jest już z górki. To znaczy jeśli te rzeczy ustalicie sobie rozumnie i z myślą o ułatwieniu sobie życia. Nie ułatwia życia:
- przedsiębiorstwo zajmujące się czymś, na czym nie zna się nikt z grupy
- pojebana struktura osobowa firmy
- budynki i pomieszczenia pogięte jak jelito cienkie
- serwerownia na środku piętra zamiast przy ścianie
W trakcie pierwszego audytu przy każdej odpowiedzi inwestora zastanów się, ile to będzie kosztować. Jak przekroczycie budżet, macie przejebane. W razie potrzeby negocjuj albo tańsze rozwiązanie, albo powiększenie budżetu. Ale to przejdzie tylko na początku, na etapie ustaleń, potem musisz się, niestety, gimnastykować. Postaraj się wyłączyć z ustalonej kwoty podłogę podniesioną, klimatyzację, instalację alarmową itp. koszty ”budowlane”.
Okablowanie we wszystkich lokalizacjach niech zaprojektuje jakaś para ziomów, z których jeden wie, o co w tym chodzi, a drugi zna AutoCADa. Opis norm, kabelków, koncepcji i zaleceń daj komuś innemu (najlepiej jakiemuś potoczystemu prozaikowi) do zrobienia równolegle. Równolegle też ktoś może opisywać podłogę podniesioną, a jeszcze ktoś — tory kablowe.
W czasie okablowywania masz chwilę, więc oceń, nad czym można pracować bez związku z niczym innym (np. opisy usług, softu biznesowego, antywira, bakapów i inne takie, do których tylko w odpowiednim momencie trzeba będzie dopisać np. liczbę licencji) i szybko rozdaj do roboty, będzie z dyni.
Każde spóźnienie idzie jak lawina. Nie wiadomo, ilu i jakich jest pracowników — nie wiadomo, ile będzie punktów abonenckich ani jak sensownie ustawić usługi; nie wiadomo, ile będzie PA — nie można sensownie ustawić stuffu w szafach; nie ma stuffu w szafach – nie można wybrać klimy, upsów ani agregatu itd. Załóż, że ludzie będą się spóźniać i załóż, że to, co oddadzą, będzie wymagało poprawek. No to już wiesz, jak ustalić terminy.
Aha, ludzie będą próbować zrzynać z Internetu i poprzednich projektów. Projekt
- ze zrzynkami z poprzednich projektów
- z bezmyślnymi zrzynkami z Internetu
- złożony z samych ulotek producentów
zostanie uwalony.
Jeśli ktoś zrobił swój kawałek do dupy, asertywnie odsyłaj do poprawki. Jak zaczniesz samodzielnie poprawiać, nie zdążysz.
Zanim oddasz komuś zadanie, określ w miarę dokładnie, jak sobie wyobrażasz to, co masz od niego dostać. Często będzie to wymagało rozeznania się w temacie oraz konsultacji. Niestety, kierownik prędzej czy później musi znać się na wszystkim. Niestety, wszystko musisz po wszystkich posprawdzać.
Wszystkie materiały trzymaj w jednym, góra dwóch miejscach i wszystkiemu oznaczaj wersje/daty otrzymania, bo się pogubisz. I tak się pogubisz.
Zdobądź/ukradnij/wyszantażuj/wyżebraj poprzednie projekty i dokładnie przeczytaj. Wszystkie będą wyglądać jak czarna magia, prawda objawiona, ósmy cud świata i rocket science. Mam wiadomość dobrą i złą. Zła jest taka, że we wszystkich są błędy, ale nie wiesz gdzie. Dobra jest taka, że po skończeniu Waszego projektu tamte będą wyglądać jak żałośnie niedorobione dzieci dyletantów.
Potrzebujesz kogoś odpowiedzialnego za kosztorys. Ten ktoś też ma przejebane.
Potrzebujesz też kogoś odpowiedzialnego za sklejanie doca do kupy. Możesz do tego zadania wydelegować siebie. Ponieważ doc będzie się rozpierdalał co chwila, rób sobie każdy rozdział w osobnym pliku, a sklej pod sam koniec.
Siedź na jakimś komunikatorze, który robi archiwum, i jak najmniej spraw omawiaj przez telefon. Im więcej papieru, tym czystsza dupa. Gotowe pliki i zapisy gadek wystawiaj gdzieś, gdzie wszyscy mają dostęp. Dzięki temu będą mogli sobie znaleźć, czego im potrzeba do swoich kawałków, zamiast dzwonić do Ciebie o trzeciej w nocy.
Kiedy prowadzący mówi coś o projekcie, pytaj, czy mówi to jako prowadzący, czy jako inwestor. Prowadzący uczciwie pomaga, a inwestor czasem oszukuje :> Spotykajcie się na czacie raz na tydzień, dawaj mu zrobione kawałki do sprawdzenia.
W dokumencie projektowym nie oszczędzaj na rysunkach i przejrzystych schematach (Visio robi ładnie i macie go w ELMS-ie gratis). Inwestorzy lubią obrazki. Wszystko, co się da, starajcie się uzasadniać w kontekście “zamawiającej” firmy. Inwestorzy lubią uzasadnienia. A, i zestawienia w tabelkach róbcie.
Upewnij się, że liczba gniazd abonenckich ma się jakoś sensownie do switchy.
Jeśli prowadzący odniesie wrażenie, że grupa się opierdalała, a zasuwał tylko kierownik, źle na tym wyjdziecie.
Na początku projektu postaraj się odrobić jak najwięcej prac domowych z innych przedmiotów — na zapas. Pod koniec projektu czeka Cię tydzień-dwa bez snu, jedzenia, drapania się po dupie i życia w ogóle.
Masz przejebane :)